Strona:Wacław Sieroszewski - Kulisi.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   9   —

— Rozum radzi oddać zawczasu część, aby uratować wszystko.
— Wszyscy, myślę, chętnie wysłuchają ust bezzębych i pomarszczonych latami.
— Trzebaby uwiadomić Sian-lao (wójta).
— O, tak! Poślę natychmiast doń wnuka!... Czy zgoda! Hę?!
— Zgoda, łaskawy Szaniu. Myśmy gotowi! — rozległo się ze wszystkich galeryj.
Wkrótce na gzymsach burego urwiska ukazały się długie procesje cieniów w niebieskiej odzieży i stożkowatych żółtych kapeluszach. Szły wolno w jednym kierunku, gdzie w ukośnych promieniach słońca, które niewiadomo skąd prześlizgnęły się do wnętrza wąwozu, błyszczały barwne upiększenia z kafli polewanych i złocone napisy wiejskiej szkoły, wykopanej w najlepszem miejscu urwiska.
Za mężczyznami wyskoczyły z izb dzieci i, zatrzymawszy się na krawędzi gzymsów, patrzyły na ojców i dziadów ciekawie. Twarze kobiet migały w kwadratowych okienkach. Wieś poruszyła się do głębi, do komnat najdalszych.
Nauczyciel, uprzedzony o gromadzkiej wizycie, włożył natychmiast czarną atłasową czapeczkę i okulary.
Choć czytać nie będzie, ale okulary zawsze dodają powagi! Uprzejmie witał gości przy wejściu, rad, że z powodu zebrania przepadły nudne lekcje, oraz że... znowu usłyszy wielekroć tytuł «Kwitnącego Talentu — Siu-caj». Wprawdzie nie zdał egzaminu, i nikt nie był obowiązany go tak tytułować, ale