Strona:Wacław Sieroszewski - Kulisi.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   10   —

grzeczni sąsiedzi woleli pamiętać o jego zasługach, niż niepowodzeniach.
— Nieporównanie biegły Siu-caj, jakże prowadzą się nasze prosięta?[1] — powtarzali ojcowie po zwykłych powitalnych wykrzyknikach: ciń! ciń! uderzaniach rąk i wstrząsaniach pięści z przysiadaniem.
— O, śliczne kwiaty waszych ogrodów rodzinnych[2] uczą się pilnie i posiadają nieprzeliczone zalety, ale nauka jest rzeczą niezgłębioną i nie może obejść się bez małych uderzeń bambusem![3].
— O tak! Wiemy o tem z własnego doświadczenia. Błagamy więc, abyś nie szczędził podniety. Od tego zapewne cierpią Twe szlachetne ręce, Siu-caj, ale...
— Cóż robić: każdy musi spełniać swe obowiązki, gdyż przez to jedynie spokój i powodzenie spłyną na ziemię.
— Gorzej, że deszczu niema!

— Jest to istotnie rzecz groźna, i każdy powinien szukać pilnie przyczyny jej na dnie sumienia. Źródło wszystkiego leży w sercach naszych, pełnych niedoskonałości, gdyż nie było widać ostatniemi czasy wpobliżu ani cudzoziemców,

  1. Ojcowie mówią tak o swych synach; chińska grzeczność wymaga, by o sobie i swoich mówić pogardliwie, natomiast z przesadnemi pochlebstwami odzywać się o swoim rozmówcy i jego rodzinie.
  2. T. j. wasi synowie.
  3. Bambus — olbrzymia trzcina, rosnąca w krajach południowych; wyrabiają z niej najrozmaitsze przedmioty.