Strona:Wacław Sieroszewski - Kulisi.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   54   —

tam, co każą... I trwać to będzie, aż pokryjecie wydatki na przejazd i utrzymanie. Gdy zapłacicie wszystko i nie zrobicie nowych długów, wolno wam będzie wrócić do domu lub szukać gdzie indziej zarobku. Czy zgadzacie się?!
Bracia radośnie wznieśli duże palce do góry. Nie mieli zamiaru robić długów, nie mieli zamiaru próżnować, palić opjum i grać w karty, owszem, pragnęli oszczędzać. Chińczyk wziął blankiet z paczki, leżącej na stole, i szybko zapełniał rubryki drobnem pismem. Znów pytał ich, skąd są, z jakiej wsi, czy mają rodziców? Jak się zwą?...
Ponieważ bracia nie umieli pisać, więc zamiast nazwiska odcisnęli w dole zapisanego blankietu palce prawej ręki, umoczone w tuszu. Podpis poświadczył obecny w izdebce pisarz.
Braciom wydano natychmiast ubranie z grubego nankinu, które po tylu dniach nagości wydało im się szczytem zbytku, i z którem nie wiedzieli z początku co robić. Dostali również obiecane pieniądze i zaprowadzono ich do oświetlonego domu w ogrodzie, gdzie grała muzyka.
Dom był pełen ucztujących ludzi. Wszystko o czem zamarzyć jest w stanie dusza posiadacza 500 sapeków, znajdowało się pod ręką w niedużym sklepiku. Potrawy gotował na oczach gości kucharz w białym fartuchu. Obecni tworzyli grupy, rozrzucone po całej szopie. Grali w kości, w karty, w zgadywanie palców (morę), palili opjum, pili wódkę, pieścili kobiety, krzyczeli, żartowali, śpiewali... Ale większość poprostu chciwie pożerała jedzenie. Byli to przeważnie nędzarze wychudli do kości, jak bra-