Strona:Wacław Sieroszewski - Kulisi.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   55   —

cia Szaniowie. Ci też natychmiast kazali sobie podać gotowanego ryżu, wieprzowiny i grzanej wódki. Najadłszy się, usnęli snem ciężkim, zacisnąwszy mocno w pięściach resztę pieniędzy.
Nazajutrz zbudziło ich mocne kopnięcie nogi. Uzbrojeni w bambusy posługacze kazali im wstać i powiedli ich do innego budynku, bliższego ulicy. Budynek, jak poprzedni, podobny był do wielkiej obory, zamkniętej mocno okutemi drzwiami. W małych okienkach miał żelazne kraty. Na podłodze glinianej wzdłuż ścian leżało tam dużo ludzi, wyłącznie mężczyzn.
Przez okienko od ulicy widać było błękitne morze z biegnącemi po niem okrętami, i dolatywał głuchy gwar portowego życia, zgrzyt łańcuchów, szczękanie wind, świst parowców i brzęczenie ludzkiego pracującego roju...




Odtąd w ciągu wielu lat bracia kulisi oglądali to życie wciąż jakby z więziennego okienka. Przepłynęli ocean, byli w setkach miast, przebyli koleją tysiące mil i przeszli niemniej piechotą, lecz wciąż mieli dokoła siebie straże, rygle, kraty, i wciąż gdzieś wpobliżu ich świstał bat lub pałka.
Poznali w owym czasie zbliska białych i przekonali się osobiście, że okrutne te istoty rzeczywiście muszą pochodzić od «gęsi i małpy». Za pracę i anielską cierpliwość, za lada błahym powodem, szczodrze płacili oni «żółtolicym» swym niewolnikom obelgami, naigrawaniem się lub chłostą.