Strona:Wacław Sieroszewski - Kulisi.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   53   —

— Skąd jesteście? — spytał, zatrzymując się.
— Jesteśmy z Gań-su... Szukamy pracy... — pośpiesznie odpowiedzieli bracia.
Nieznajomy poprowadził ich ku drzwiom sklepu, skąd lało się światło na ulicę, obejrzał uważnie, obmacał ich mięśnie, kości, opukał piersi i plecy. Bracia czekali na odpowiedź z zapartym oddechem.
— Dobrze! Chodźcie za mną!... — powiedział wreszcie nieznajomy.
Poprowadził ich w głuchy zaułek, na otoczony wysoką ścianą plac, gdzie wkoło stały niskie, ciężkie budowle. Minęli kilka takich podwórzy, nim dostali się wreszcie do niedużego ogrodu. Tu w osobnym domu gorzały światła i huczała muzyka. Ale przedtem skręcili do małego domku, cichego i ustronnego. Nieznajomy stuknął kilkakroć we drzwi w znaczący sposób. Drzwi otwarły się, i bracia znaleźli się w niewielkiej mieszkalnej izdebce. Na stole paliła się europejska lampa, leżały papiery europejske i drogie europejskie przedmioty, widziane przez braci nieraz na wystawach sklepowych: zegarek, rewolwer, scyzoryk, gruba księga handlowa... Za stołem siedział Chińczyk w okularach i szybko pisał pędzelkiem. Nieznajomy zamienił z nim kilka wyrazów, wtedy ten podniósł do góry lampę i uważnie obejrzał braci. Poczem usiadł, zapytał ich, skąd są, ile mają lat, gdzie pracowali i co umieją. Wszystko notował na długim skrawku papieru.
— Zgoda! — rzekł wreszcie — dostaniecie 500 sapeków (pół rubla) zadatku, odzież, jadło, przytułek, ale musicie jechać za morze, gdzie wam każą, i robić