Strona:Wacław Sieroszewski - Ciupasem na Syberję.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

kusowego nieba, miały dla nas czar nieopisany. Nie wiem, czy ten czar, czy nadzieja na konstytucję Loris-Melikowa spowodowały, że w tym okresie nie powstała u nikogo myśl o ucieczce...
Nareszcie spostrzegiiśmy po kilku dniach podróży w dolinach białe budowle i dymy licznych fabryk, a wkrótce stanęliśmy w Ekaterynburgu, pierwszem mieście syberyjskiem. Nie pamiętam wcale Ekaterynburskiego więzienia, zresztą spędziliśmy tam wszystkiego jeden dzień. Wryła mi się jedynie w pamięć suta zapomoga, jaką nam przysłał w prowjantach i pieniądzach, zdaje się, że Koziełł-Poklewski. Tam pierwszy raz od Moskwy pytano się o wygnańców polaków w partji. Czy są i ilu ich jest.
W drodze uderzyła mię okoliczność, że w niektórych wielkich wsiach — a wsie na Syberji są duże, liczą niekiedy po parę tysięcy mieszkańców, — brano całą partję naszą za polaków, wygrażano nam pięściami, gdyśmy przelatywali pędem i krzyczano „pany, buntowszczyki“!... Czy to było echo dawnych czasów, czy umiejętna propaganda policji w celu wzbudzenia ku nam niechęci i utrudnienia na wszelki wypadek ucieczki — nie wiem. Na etapach byliśmy jednak przyjmowani przez ludność życzliwie, gdyż dawaliśmy jej spory zarobek. Szczególniej dziewczęta — naogół białe, rumiane, dorodne, jak tutejsza ziemia Sybirska, dostatnio ubrane w „namistach“ korali