Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/342

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— No, ten! Wołać mi Wąsowicza! Prefekta niech sprowadzi, czy burmistrza, natychmiast!... Trzeba tego pana nauczyć dyskrecji!... Do czarta, ładny mi tu wybraliście spoczynek...
Sire, natychmiast... nie pojmuję...
— Tu niema nic do pojmowania! Stał sobie gdzie stoi, pod ścianą! Ja siedziałem odwrócony, ale ty, żeś nie postrzegł!!
— Istotnie nie pojmuję!...
— Wąsowicza! Przywołać władzę jaka jest!...
— Lecz w takim razie incognito... — zauważył cicho minister.
Cesarz uniósł się.
— Będzie większe, jak takiego na każdym postoju zostawisz?!
Caulaincourt cofnął się do drzwi, uchylił je i skinął.
Do izby wsunął się spowinięty burnusem mameluk.
Minister wydał jakieś ciche polecenie mamelukowi i wyszedł pośpiesznie.
Cesarz chodził po izbie z założonemi rękoma, nie patrząc ani na Łączyńskiego, ani na mameluka, który, zagrodziwszy sobą drzwi, z całym spokojem podsypywał prochem pistolet i próbował spustu kurka.
Pan Paweł ochłonął podczas z mimowolnego pomieszania. Myśl, że go tu może za szpiega, czy domniemanego zdrajcę poczytują, obudziła w nim całą trzeźwość i energję.
— Najjaśniejszy panie! — rzekł śmiało. — Wypadkiem się tu znalazłem, a jeżelim obecności swej nie objawił, to nie bym się chciał kryć, lecz, że zdumienie odebrało mi...
— Dobrze, wiem! — przerwał cierpko cesarz. — Nie pańska wina, tylko tego postrzeleńca! Ale trudno!
— Lecz najjaśniejszy panie, skąd obawa, że rozpowiem?!...
Napoleon żachnął się i tupnął nogą ku mamelukowi.