Strona:Władysław Stanisław Reymont - Za frontem.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

czas jakiś pod chałupą Kuleszy, wspominając krzywdy wycierpiane i upokorzenia, że w sercach rosła zawziętość i głuche pragnienie pomsty. Rozdrażniali się aż do dygotliwego wrzenia i wściekłości. A teraz spada znowu na nich ta wojna. Żniwa w pełni, tyle roboty i trzeba rzucać wszystko i iść! Dlaczego? Że tym zbójom chce się cudzego! Niedoczekanie wasze! Zaciskały się pięście, płonęły groźnie oczy i serca rozpierało pragnienie walki.
— Trzeba ich tak zbić, żeby się nie było po co schylać — mruknął Bednarek.
— Człowiek nie doje, nie dośpi, haruje jak wól i jak może ogania się przed biedą, a tu przyjdzie wróg i gotów wszystko stratować i spalić...
— I na nic twoja praca, na nic zabiegi, na nic wszystko...
— Czemuż to tak, mój Jezu, czemu? — padały jękliwe słowa skarg.
Strach przejmował nie to przed śmiercią i ranami, a jeno przed jakąś nieubłaganą dolą, jaka się na nich zwalała...
Noc była późna, gwiazdy obficie zrosiły niebo, kożuchy mgieł bieliły się nad łąkami. a pierwsze koguty zaczęły piać, gdy Kulesza, wskazując na lecącą gwiazdę, szepnął ze ściśniętem sercem:
— Może to spada moja gwiazda...
— Bogu jednemu wiadomo, któren z nas powróci... — jęknął któryś trwożnie.