Strona:Władysław Stanisław Reymont - Za frontem.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została przepisana.


— Miał zajrzeć do stryja... — wspominał nawet. — Pewnie tam zostanie na noc.
— I nasby samych zostawił w taką straszną noc. Tylko go patrzeć, pewnie wróci łąkami, trochę dalej, ale bezpieczniej. Przecież się tam nie biją, co?
Józio pod jakimś pozorem uciekł przed dom, bał się w rozmowie zdradzić.
Armaty biły; coraz rzadziej i pociski niby meteory przelatywały w ciemnościach. Gdzieś w nocy gdakały ohydnie kartaczownice z monotonnym uporem i trzeszczały karabinowe salwy. Słychać było plusk kul uderzających w cmentarnie drzewa i gontowe dachy. Bitwa zdawała się już przycichać, natomiast pożary wzmagały się z minuty na minutę. Miasto stawało się podobne do płonącego stosu, spowiniętego w czarne kłębowiska dymów, że tylko niekiedy odsłaniały się głębie ulic niby krwawe rany, pełne straszliwej grozy walących się domów, zapadających się dachów i ulewy cegieł. A z tego piekła, ponad szumy ognia i trzaski, ponad ryki armat i świsty kul, wydzierał się potworny krzyk człowieczy! Szlochy i płacze zdawały się wybuchać z wnętrza samej ziemi. Naraz okropny grzmot rozdarł powietrze tak blizko, że Józio uderzył o ścianę, odbił się od niej i potoczył do przydrożnego rowu.
Oprzytomniał dopiero na świtaniu i ledwie się zebrał na nogi.