Strona:Władysław Stanisław Reymont - Za frontem.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została przepisana.


— Z domu pozostała jeno kupa połamanych ścian i dachów a z pod rumowisk wydobywały się jakieś konające jęki.
Rzucił się na ratunek. Na darmo jednak poszły wszystkie jego rozpaczliwe wysiłki; na darmo krwawił ręce i padał z wyczerpania, nie poradził się przedostać.
Poleciał szukać ratunku u sąsiadów, ale domy stały puste i zrabowane.
Błagał, żebrał zmiłowania i skamlał u nóg każdego przechodnia o pomoc, bo jęki stawały się coraz cichsze i jakby coraz dalsze, aż wkońcu zupełnie umilkły. Zrozumiawszy, że wszystko skończone, padł bez sił, bez myśli i bez czucia.
Dzień się podniósł słoneczny, zadymiony jeno i pełen swędu spalenizny.
Miasto paliło się jeszcze, lecz bitwa już była skończona.
Dobrze już po wschodzie, na drodze zagrzmiała kapela i w tumanach kurzawy jęła się ukazywać maszerująca kolumna. Muzyka huczała coraz mocniej i tryumfalniej, a wraz też zadygotała ziemia od kroków tysięcy. Zalśnił w słońcu nieprzejrzany las bagnetów, rozpaliły się złociste pikelhauby, świeciły wypasione gęby i zajaśniały dzikie, okrutne oczy. Na wspaniałym gniadoszu jechał oficer i jakiejś chwili, przed rogatką, dał znak i potężny chór głosów uderzył w niebo.
Parli się naprzód w ulice płonącego miasta ni-