Strona:Władysław Stanisław Reymont - Z ziemi chełmskiej.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

portowy zeznał, że widział go wieczorem na plaży, w przeddzień...
Może to ten sam, który mnie wtedy tak rozdrażniał!
Nic już nie rozumiem i nic nie wiem.
A jeśli go nawet zabiłem — zabiłem w jej obronie.
Musiałem za często wspominać o tym nieznajomym, gdyż narzeczona zwróciła na to uwagę.
— Czemu się nim tak gorliwie zajmujesz?
— Bo zdaje mi się, że to ja go zamordowałem! — odpowiedziałem szczerze.
Uciekła z krzykiem, ale później przyleciały ciotki, zaczęły się tłumaczenia, przeprosiny, płacze i zaklinania, żebym w takich rzeczach nie żartował i nie straszył biedactwa. Wszystko wróciło do dawnego stanu, chociaż ciążyło mi już niezmiernie, nie wiedziałem jednak jak zerwać.
Ale jakiejś nocy obudził mnie gorący, namiętny pocałunek. Otworzyłem oczy: stała przy mnie promienna, cudna, upajająca!
— Czekam cię, czekam!...
Zniknęła mi, gdym ją chciał przycisnąć do serca, ale już nieugaszona tęsknota za nią wypełniła mi całą duszę na wieki...
Uciekłem od świata; powiedzieli, że oszalałem, i śmieją się ze mnie.
Ale tłum zawsze szydzi z tego, czego nie pojmuje.
Kąśliwe, głupie i podłe bydlę.