Strona:Władysław Stanisław Reymont - Z ziemi chełmskiej.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Wczoraj, kiedym wyglądał oknem, moja tłusta sąsiadka powiedziała:
— Biedny chłopak, wypatruje oczy, a ona nie przychodzi...
— Ale przyjdzie! Przyjdzie! — zawołałem wściekły.
Pokiwała litośnie głową.
Wiem, że i teraz mnie śledzi, ale jeśli raz jeszcze okaże mi współczucie, trzasnę ją doniczką. Przebrzydłe, samcze mięso!
— A ja wam mówię, że ona przyjdzie, może już dzisiaj, może za chwilę...
Tylko wasze obmierzłe, grzeszne oczy nie dojrzą nawet jej cienia.
Opasłe, ślepe króle gnojowisk!
Cóż ty wiesz, podły liszaju ludzki, o gwiazdach? Cóż ty wiesz?
A mnie już codziennie mój słodki brat sen przenosi tam, do niej, codziennie chodzę pod kwitnącemi jabłoniami raju, szukam jej po pustych pokojach i czekam na nią w ganku, a siwa pani mówi mi codziennie:
— Ona wróci, wróci już na zawsze!
Wiem, a pożera mnie straszna, nieukojona tęsknota!
I dni oczekiwań są takim martwym i nienawistnym snem!
Wczoraj, kiedym siedział w ganku, szepnęła mi zakonnica:
— Wiesz, w studni niema nikogo!