Strona:Władysław Stanisław Reymont - Z ziemi chełmskiej.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Przekonaj mnie o tem, bo nie wiem! — błagałem go rozpaczliwie.
Musiałem wkońcu uwierzyć, ale snadź w twarzy mojej pozostały jakieś niezatarte ślady tej nocy, gdyż narzeczona powiedziała mi drwiąco:
— Wygląda pan, jakby powróciła moja rywalka!
— Tak i wkrótce złączymy się już na zawsze! — powiedziałem twardo.
Starała się ułagodzić mój gniew szczebiotem z minami kotki, podstawiając lubieżnie grzbiet do głaskania. Obmierzła mi do reszty!
Nie mogłem jej darować, że ona, głupia rzeczywistość, śmiała się uważać za coś istotniejszego od tamtej...
Musiałem jej to powiedzieć, gdyż się pogniewała na mnie; przyjąłem to spokojnie, bo moje uczucia dla niej pomarły nagłą śmiercią, a trupy wyrzuciłem nawet z pamięci.
Poleciałem jednak zobaczyć utopionego.
Nie poznałem go narazie; dopiero później nieco zjawiło się jakieś niejasne wspomnienie. Musiałem go już kiedy widzieć, bo wciąż mi stawał w oczach, budząc splątane, nieuchwytne majaki czegoś, czego nie mogłem wskrzesić w całości, rwało się jak zgniła przędza...
Jeszcze dzisiaj nie jestem pewien, czy to tamten...
Nie wiem, ale chwilami zdaje mi się, że to on...
Wypytywałem się o niego, nikt go nie znał, nikt nie wiedział, skąd się wziął; tylko strażnik