Strona:Władysław Stanisław Reymont - Z ziemi chełmskiej.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

się na polach, służba wymijała nas z pośpiechem i milcząco; jacyś ludzie szeptali po kątach, a ona odwracała się niekiedy do mnie i powtarzała z naciskiem:
— Mój drogi człowieku! Mój jedyny człowieku!
Rwałem się do niej oszalały, chciałem ją ująć, już wyciągałem ramiona, już byłem przy niej, gdy zastąpiła mi drogę zakonnica, ta moja, ze szpitala, i zakrzyczała groźnie:
— Grzech! ona ślubuje Bogu!
Odepchnęła mnie szorstko, wygrażając pięściami.
Pozostałem naraz sam, śmiertelnie smutny i zrozpaczony; gdzieś, jakby w drugim pokoju, huczały organy, i wznosiły się uroczyste śpiewy, a w okno zaglądał nasz kapelan i mówił cicho:
— Wyspowiadaj się, to może wyzdrowiejesz.
Skoczyłem do niego, ale gdzieś zniknął, i w jego miejscu stali doktorzy w białych, pokrwawionych fartuchach, spoglądali na mnie posępnie i szeptali coś tajemniczo:
Uciekłem przed nimi do ogrodu, padłem pod jabłoniami i, wzywając ją najczulszemi słowy, płakałem z tęsknoty.
Zjawiła się przy mnie, rozpuszczone włosy ciągnęły się za nią długim, czarnym płaszczem, ujęła moją głowę w dłonie i, patrząc mi w oczy, mówiła smutnie, przez łzy:
— Przyjdź później, wiesz, już potem... przyjdź...