Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


młody człowiek o twarzy wyostrzonej, niby brzytwa, przybrany w popielaty, ogoniasty frak, srebrnawą kamizelę i obcisłe kiuloty.
Dygnitarze jakby nie dosłyszeli, a tylko jakiś z brzuchem srodze wysadzonym i obwisłymi podbródkami próbował żartować:
— Najgorsze, że pieczenie wysuszą się na podeszwy.
— Ale szampańskie będzie lepiej przechłodzone.
— Utrafiłeś w sedno, mości Woyna, bo ledwie już dycham z gorąca i zapowiadam, jako nie ulęknę się i tuzina pękatych flach.
— Brzuch waszmości wstrzyma, lecz czy zapasy wstrzymają?
— Nie frasuj się waszmość o zapasy. Napitków jest w bród. Sam widziałem, jak zajeżdżały przed ekonomię szmirgieltowe bryki, zapchane po same wręby. Na grzeczny fest dzwoniły flaszuchny!
Woyna odgarnął przytrefione włosy, rozdzielone nad czołem i spływające w czarnych puklach na szafirowy kołnierz fraka, i podparłszy wargę złotą gałką laski, rzucił niedbale:
— Przypomniałem, że to sąsiedzkie potencye ponoszą ekspensa. Nie zbraknie więc niczego i nikomu.
— Płaci, kto musi, pije, kto ma ochotę — odrzucił grubas i, zniżywszy głos, zaszeptał konfidencyonalnie: — Boscamp o dwa kroki!
Woyna, nie zmieniając żartobliwego tonu, zawołał:
— Niechaj mi tylko płynie burgońskie, a nie dbam o resztę.