Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się przy balustradzie, obwieszonej girlandami kwiatów, pilnie obserwując pustą drogę, biegnącą od strony miasta.
Przycichły nawet szepty i śmiechy, a tylko pan Pułaski kręcił się nieustannie, poprawiał pasa, odrzucał białe wyloty, dawał jakieś rozkazy służbie i muzykantom, zebranym w cieniu kolumnady, i coraz niecierpliwiej biegał oczyma po drodze i uiluminowanych gąszczach, wołając przytem co chwila do zgarbionego starca, chodzącego za nim, jak cień:
— Mości Borowski, czy aby się tam nie stało co złego?
Borowski kłaniał się nizko, zamiatając połami kontusza, rozkładał bezradnie ręce i milczał, nie odstępując go ani na krok.
Przyjaciele jęli go konsolować i żartobliwie spokoić.
— Może jeszcze odpoczywa po podwieczorku pani kasztelanowej.
— Albo wypadło mu jechać do Króla Jegomości.
— Daję parol honoru, jako wstrzymały go pilne sztafety.
— Nie crimen jeszcze takie opóźnienie!
Zaś kilku dygnitarzów generalności, stojących na stronie, dworowało sobie z cicha z kłopotów Pułaskiego.
— Najwidoczniej go afrontuje.
— Korona mu z głowy nie spadnie, jak poczeka.
— I tak miał będzie aż nadto honoru.
— Patrzy, jakby ambasador próbował marszałkowskiej cierpliwości.
— Mniemam, jako generalność przyuczona i do gorszych prywacyi — zauważył z przemiłym uśmieszkiem