Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


vage, w kwiaty tylko, pióra, klejnoty i nagą bezwstydność.
Były i dziewczątka zaledwie wyrosłe, zasromane swoją nagością, wylękłe a szalejące, niby bachantki.
Było i wiele innych, jedna od drugiej piękniejszych, a każda, gwoli modnym obyczajom, wystawiała wszystko, co tylko było na pokaz i przedanie.
— I czemuż w takiej solitudzie? — zabrzmiał naraz cichy, słodki głos.
Odwrócił się. Podkomorzyna stała przed nim z czarującym uśmiechem.
— Zbłąkałem się wśród cudów! wskazał oczyma na tłum tańczących.
— Mogę być waści Aryadną!
Zwilżyła językiem nabrzmiałe, czerwone wargi, tyftykowa écharpe opadła jej z ramion, że zajaśniała mu tuż przed oczyma, jakby całkiem naga.
Cofnął się nieco skonfundowany bujnością jej wdzięków i palącemi lubieżnie oczyma.
— Zatańczysz waszmość ze mną angleza! — Tknęła go pieszczotliwie w piersi wachlarzem.
— Jakżem nieszczęsny! Nie odróżniam kozaka od menueta!
— Szkoda, bo z waści chłop na schwał! — strzeliła naraz prosto z mostu, przyglądając mu się z nieukrywaną lubością.
Obruszył się srodze i wypalił również porywczo:
— Na nic taksa, bom nie na przedanie.
Skłonił się hardo i odszedł.