Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


musisz wiedzieć dosyć. Powszechność słusznie ich kiedyś oceni... A zasługi drugich również czekają jeszcze ujawnienia i nagrody. Takich zaś, jak Podhorski, Łobarzewski, Boscamp i wielu, wielu innych, nie trzeba kredą znaczyć: rozpoznasz ich nawet w nocy, bo już z dala cuchną padliną. Imaginuj więc sobie, co za hultajstwo zebrało się w Grodnie. Ba, dla uciechy trafia się niekiedy i jakiś kontuszowy, poczciwy baran, który, niby pozytywka, wrzeszczy wciąż jedno: Wolność, równość, wiara i liberum veto! Ale tenor owych wrzasków jeden: bezprawie, samowola i chciwość. Słowem, zwierzyniec ucieszny herbowrego tałałajstwa! — dokończył, wodząc osowiałemi oczyma po tłumach rozbawionych.
— Czy nie nazbyt strasznie widzisz.
— Jeślim zełgał, niech mi kat wyrwie język! — rzucił porywczo, lecz po chwili, ciągnął już dawnym, ironicznym sposobem: — Przy cudzych winach łacniej samemu o rozgrzeszenie. Mówię ci to nie jako moralista, biadający nad upadkiem społeczności, lecz jako srodze znużony człowiek. Radbym odpoczął po tym łotrowskim karnawale.
— Zali już niema życia i cnoty poza tą socyetą?
— Gdzież mi szukać fortuny! Człowiek się wezwyczaja nawet i do błota.
Polonez się skończył, muzyka ucichła, natomiast gwary wypełniły olbrzymią salę.
— A do klasztoru nie mam zgoła inklinacyi! — podjął po chwili Woyna. — Chyba gdyby mnie było stać na kupno tłustego biskupstwa lub chociaż krakowskiej koadyutoryi. Wtedybym, jak prymas, urządzał