Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zapleciony czarną wstęgą, włosy pudrowane, twarz zamarzła, nos czerwony z kapką drogocenną od tabaki, ruchy rozlazłe, oczy nieprzytomne, toć sam marszałek litewski, Tyszkiewicz. O nim to kursuje wielce trafiony wierszyk:

»Laskę po izbie nosi,
Arbitrów na ustęp prosi.
Wzniosłości cicho wygłasza,
A głośno Sieversa przeprasza.«

Nienawidzi Kossakowskich, więc bardzo kocha ojczyznę, jeno się tak obawia z tem wyznawać, że mówi o niej tylko figurycznie i nazywa ją Dyaną. Często się dąsa na Sieversa i po cichu sprzyja zelantom, ale że ma substancye w kordonie rosyjskim, a ambasador lubi go po nich łechtać wojskowemi egzekucyami, to godzi się na wszystko. Zacna, chociaż ucieszna figura. Za nim wlecze się, niby koń schwacony, książę Sułkowski. Pono intymny konfident króla pruskiego. W talarach bierze swoją lafę. Potem dryga z p. Dziekońską Raczyński, filut, wierny pachoł Buchholtza, lecz nie gardzący i rublami.
Do pełnego kompletu brakuje nam Ożarowskiego. Powiem ci tylko wierszyk, jaki o nim wykoncypował jeden z zelantów:

»Ni z mięsa, ni z pierza,
Nic nie przypomina zwierza;
Lecz wszystko, co czyni,
Daje konterfekt... świni!«

Sylwetka znakomicie trafiona! O kimże ci jeszcze powiedzieć?... O biskupie Kossakowskim i jego braciach