Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rozkoszne causetty dla dam i promenował się z niemi poszóstną karocą i z krucyferem na przodzie. Kryłbym trufle w ołtarzu przed łakomstwem kapelana, jak Skarszewski. Kazałbym zdobić srebrem kościelnem powozy i uprzęże, jak Kossakowski. No i żyłbym wesoło, jak przystało na pasterza. Jeszcze kościoły nie są ograbione ze szczętem, starczyłoby i dla mnie. Przednia myśl, nieprawdaż?
Zaręba spojrzał w niego z jakiemś litośnem współczuciem.
— Patrzysz niby wrona na zdychającego konia. — Czuł się dotknięty.
— Bo mi cię srodze żal. Jabym cię jednak ozdrowił.
— Odgaduję nawet jakim medykamentem. Bóg ci zapłać, nie na mój smak żołnierka. Nie znoszę zapachu juchtowych butów, kaszy ze słoniną i karczemnych Wener.
Otrząsnął się z obrzydzeniem.
— Może przyjść chwila, że to będzie jedynym medykamentem.
— Może, a tymczasem oczy na kolana! Cud się do nas zbliża!
Zaręba wbił chłodne oczy w wysmukłą szatynkę, która przystanęła o parę kroków, w orszaku świetnych młodzieńców, nęcąc wszystkie spojrzenia. Wzięła na siebie pozór Dyany, gdyż we włosach, kunsztownie wzburzonych nad czołem i spływających pokrętnymi lokami, skrzył się wspaniały dyamentowy półksiężyc, zaś złoty kołczan, pełen strzał pierzastych, chwiał się na prawie nagich plecach. Pajęcza tunika, jakby utkana