Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/430

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tkliwsze sentymenty! — zauważyła z gryzącym uśmieszkiem, przygarniając do serca obrzydliwie spasione psiska.
Zbawił go od kłopotliwej odpowiedzi pajuk, zapraszający do podkomorzyny.
Zastał ją jeszcze w ogromnem łożu z mahoniu, jakoby w łodzi cudnie rzeźbionej i na srebrnych gryfach wspartej, pod szkarłatnym pawilonem, podtrzymywanym przez złoconych amorów. Złotawe przesłony okien i obicia ścian rozsiewały wdzięczne brzaski, w których podkomorzyna jawiła się piękną jak nigdy. Leżała ledwie nie obnażona do pasa i już zbrojna w rynsztunek lubych powabów — wyblechowana i zrumieniona gdzie trzeba; z pod misternego czepeczka wymykały się na śnieżystą poduszkę figlarne skręty włosów, jarzące oczy i nabrane krwią wargi obiecywały raje, zaś złotawa jedwabna kołdra należycie kusząco zdradzała zarysy jej bujnych kształtów. Zdała się być pochłoniętą oglądaniem jedwabiów, koronek i haftów, stożących się na kobiercu. Handlerz, klęczący przy otwartych łubach, podawał coraz piękniejsze i zachwalał ogniście. Murzynek stał przy wezgłowiu z poranną czekulatą i biszkoptami, wyszczerzając olśniewająco białe zęby.
Ujrzawszy wchodzącego porucznika, udała zażenowaną i, osłaniając skrzyżowanemi ramionami piersi aż nazbyt widne i wydatne, odprawiła wszystkich, a podając mu ślicznie uformowaną rękę, kazała usiąść jak najbliżej.
Wyłuszczył cel swoich odwiedzin, a zniewolony