Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/420

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zachwiał się i ledwie nie runął. — Psia twarz, jakoś mnie zamroczyło.
— W nogach błąd, kiedy w głowie nierząd — zaśmiał się uszczypliwie kwestarz.
— Zgaga mnie piecze, dyabli, spiłem się czy co? Te, chamie, skocz-no do karczmy i przynieś miskę kwaszonej kapusty, najskuteczniejszy to medykament.
— Waszmość nalałeś w siebie, że i beczka nie wstrzymałaby więcej.
— Aleśmy swojego dopięli, a Iwana Iwanowicza wystrychnąłem na dudka.
— Będzie on waści wspominał ze zgrzytaniem zębów! — odezwał się Hłasko.
— I, pogniewał się wójt gdański na króla polskiego — machnął wzgardliwie ręką. — Niechże szuka wiatru w polu. Może waszmość zrobi przegląd tych drapichrustów.
Zaręba, jako dowódca całej wyprawy, poszedł do ludzi gmerzących się przy ogniskach na nowo roznieconych.
— Formuj się! Frontem, na prost. Marsz! — krzyknął Kaczanowski jakby na paradzie. Wataha, zemknąwszy się w linie, rypnęła nogami, aż zadygotała ziemia.
— Raz, dwa! Raz, dwa! Stać! — Wparli się w ziemię, jak wryci, przed Zarębą. Roześmiał się, gdyż większość przebrana była w mundury i rynsztunek, pozdzierany z gemeinów, wziętych do niewoli, a komu zbrakło karabina, ten kozacką pikę niósł na ramieniu, nawet dobosze stali na flankach.