Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/421

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Taka parada ściągnie uwagę.
Nie był zadowolony.
— W łachmanach byli, bez butów i już ich wszy nosiły — usprawiedliwiał się markotny z przygany. — W pierwszem miasteczku każę krawietom ponaszywać obszlegi w naszych barwach i kto tam rozpozna. Prawie na sto chłopa nowy moderunek, to nie bagatela. Konie i wozy wysłałem do przeprawy. Chciałbym się zaszyć w lasy za-Niemeńskie jeszcze przed dniem. Pora mi ruszać!
Wyprawiwszy ludzi do przeprawy, wziął od Zaręby pieniądze na expensa, instrukcyę i planty okolic, jakiemi wypadało się przedzierać do brygady Madalińskiego, stacyonującej gdzieś nad Narwią, koło Ostrołęki, czule pożegnał towarzyszów i odszedł wielce chwiejnym krokiem.
— Szalona pałka. Nie chciałbym się naleźć w jego skórze — wyrzekł Hłasko i ruszył do Mirowskich, oczekujących na niego gdzieś w ogrodach.
— Kacpra weźmiemy na konia między siebie — kłopotał się Zaręba.
— Coś z nim gorzej, spojrzyj waszmość na niego — szepnął trwożnie mnich.
— Nie zostawię go w Mereczu, będą tu trzęśli do ostatniego bebecha. Wezmę go przed siebie na konia i jakoś dowiozę. Kacper! — pochylił się nad nim, ale ranny nie wydał głosu, poruszył jeno wargami, jakby go opuszczała przytomność.
— Boże miłosierny! Radź, ojcze! — Chwycił się desperacko za głowę.