Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/419

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Serafin, majster od zalepiania plejzerów, opatrzył go akuratnie i wytrzeźwił.
— Wyliże się. Żeby nie tak z blizka, byłby mu rozłupał głowę, jak dynię. Nie lada gracz z tego Iwana Iwanowicza! Jakże się teraz czujesz?
— Bóg zapłać, niezgorzej. Nawet kija nie miałem w garści — jęknął w konfuzyi.
— No cicho, stało się — szepnął Zaręba, obcierając mu zroszoną potem i krwią twarz. — Może zdarzy się okoliczność, to mu oddasz za swoje. Maciuś, konie dawaj! Nie bój się, nie zostawię cię tutaj. — Mości Hłasko, jak tylko pogoń wróci, zbierz Mirowskich i odprowadź, skąd ich wziąłeś, pozwól im po trzy dukaty na głowę, dobrze się sprawili. Waszmości głowa, żebyś się nie zetknął z pogonią. Spotkamy się w Grodnie. Czy aby przeniesie drogę? — spytał szeptem Serafina, wskazując rannego.
— Musi, pojadę z wami. Przyjdzie nam kołować światami dla przespieczeństwa.
Zjawił się Kaczanowski, który, podawszy sygnał napadu, przepadł był gdzieś, aby zejść z oczów swojej kompanii, pytając właśnie, coby z nią teraz począć.
— Znieść wszystkich jak są powiązani do komory, broń odebrać, ale wszystkie bagaże zostawić. Zagrozić pod gardłem karczmarzowi, żeby ich oswobodził dopiero w południe. Nie radzi będą powracali do Grodna. Ale ten Iwan Iwanowicz, jeśli się wymknie, narobi nam bigosu, za jakie trzy, cztery godziny nadciągnie pogoń! — Nie będę na nich czekał; wsadzę swoich ludzi na zdobyczne konie, i pisz do mnie na Berdyczów —