Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/371

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


skim odbili go, nie dając nikomu przystępu na swoją stronę.
Powstał straszliwy tumult, buchnęły gniewy, wszyscy krzyczeli jak opętani, że marszałek darmo bił laską, wzywając do spokoju i powrotu na miejsca, lecz większość wciąż dopominała się czytania, zelanci zaś nie dopuszczając do tego, niestrudzenie żądali głosu dla siebie. Marszałek jednak nie zezwalał, czem rozwścieczony Gosławski krzyknął do niego, aż zadzwoniły szkliwa pająków:
— Komuś w. p. przysięgał, ojczyźnie czy Sieversowi, że nie dajesz głosu?
Tyszkiewicz spojrzawszy groźnie w okienko nad tronem, zwrócił się do sekretarza:
— Czytajże waszmość, czekamy.
Jakoż Jeziorkowski, oswobodziwszy się z niewoli, wystąpił na środek izby i pod osłoną przyjaciół zaczął odczytywać traktat, pomimo nieustającej ani na chwilę wrzawy, zaciekle podtrzymywanej przez zelantów. Krzyczeli bowiem ze wszystkiej mocy, waląc przytem w ławy czem popadło i raz po raz próbując wyrwać papier z jego rąk, zwłaszcza Krasnodębski ryczał niby tur rozjuszony i, gdyby nie mitygowania, byłby się wziął do szabli.
Król przarażony i napół omdlały przystał z błaganiem zaprzestania opozycyi.
— Niech solwuje posiedzenie, to zaniechamy do następnego! — rzucił ktoś urągliwie, boć pragnęli chociaż odwlec ratyfikacyę traktatu rozbiorowego, w nadziei, że może jeszcze jakie przyjazne okoliczności pozwolą zerwać nakładane kajdany, więc burza wybuchnęła ze