Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Książę nie jest Herodem i nie pastwi się nad niewiniątkami — bronił wesoło Sievers, i naraz odwrócił się gwałtownie, szepnął coś hrabinie i odszedł z nią ku bocznemu zejściu, jakby umyślnie unikając Buchholtza, który właśnie przedzierał się ku niemu, obrzucany nienawistnemi spojrzeniami. Imć poseł pruski przystanął, rozglądając się dosyć bezradnie, ale wnet znalazł się przy nim Podhorski, marszałek, paru jeszcze konfidentów i z najgłębszą ostentacyą sprowadzali go ze schodów, bo już muzyka grała poloneza i towarzystwo wysypywało się do parku.
Las krwawych, rozmiotanych pochodni oświetlał im drogę.
Woyna szedł samotnie, obserwując z pod oka jakiegoś młodzieńca, który już od pewnego czasu plątał się koło niego. Naraz obaj przystanęli, zajrzeli sobie z blizka w twarze i Woyna zawołał z ironiczną czułością:
— Zali to naprawdę oczy moje znowu mogą uwielbiać imci porucznika, Sewera Zarębę?
— Woyna! Kazio Woyna! — odkrzyknął zdumiony, rzucając się w otwarte ramiona. — Śmiercibym się raczej spodziewał!
— Uszanuj, nieźwiedziu, chociaż moją koafiurę.
— Takie spotkanie! ledwie wierzę własnym oczom.
— Sprawdziłeś na moich żebrach! — śmiał się, rozcierając sobie boki.
— Iżbym cię mógł spotkać w Grodnie, ani mi postało w myśli!
— Człowieku, a gdzież indziej mogłem być?