Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z emfazą wielce śmieszną hrabina. — A myśmy na złość temu dzikusowi śpiewały, nie przerywając ani na chwilę. Myślałam, że zacznie nas bić ze wściekłości. I gdyby nie szambelanowa, to kto wie, coby się stało. Już zgrzytał zębami — wykrzykiwała, podkreślając każde słowo uśmiechem i namiętną gestykulacyą.
— Hrabino, twój głos to skarb ludzkości. Trzeba go ochraniać — strofował ją ojcowsko Sievers, zarzucając na jej obnażone piersi szkarłatny szal. — Któż to był ten dziki człowiek?
— Książę Cycyanow, nasz szlachetny rycerz i obrońca — przedstawiała baronówna, dygając ironicznie przed nizkim, srodze dziobatym panem o nieokreślonym wieku i skośnych oczach.
— A który przytem nie umie powozić — śmiała się księżniczka.
— Zgoła niesłuszne suspicye! — szepnęła szambelanowa.
— Cóż miałem robić, kiedy konie bały się brzęku gitary i co chwila ponosiły. Mogliśmy się pozabijać. A panie na moje prośby odpowiadały tylko śmiechem — tłómaczył się wielce zgniewany.
— I miałeś nas ochotę bić? Proszę teraz o prawdę! — przypierała hrabina, zaglądając mu w mętne, jakby ugotowane oczy.
— Byłbym cię, pani, raczej pożarł! — zawarczał, ogarniając lubieżnem spojrzeniem jej biust, zaledwie przyprószony szkarłatem.
— Czy i mnie, co? — pytała natarczywie baronówna.