Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Veto, powiadam! Veto! — podjął namiętnie, siwy ale zadzierżysty szlachcic w pawiowym kontuszu, wspaniałej postawy i pięknego oblicza. — Więc ja, Kasper Męciszewski, szlachcic z dziada pradziada, od prawieków broniący swoją krwią tej ziemi, od prawieków stanowiący fundamentum tej Rzeczypospolitej, mam mieć odjęte wolności i przywileje! Mnie, Kacprowi Męciszewskiemu, mogą nadawać prawa jakieś Kościuszki, jakieś skryby, jakieś zbrojne ultajstwo! Chrystusie ukrzyżowany! Królowo Korony polskiej, ratujcie, bo nie wytrzymam! — wołał z rozpaczą.
Vana sine viribus ira! — żgnął niby z przypadku przeor.
— Bezsilnego! Co też jegomość powiada! — zaprotestował gorąco najmłodszy pomiędzy niemi, Sobieniowski, rudy jak lis i zapalny niby siarka — otóż nie! Właśnie ważyłem w głowie pewien zamysł, miałem go wyłożyć indziej, ale kiedy okoliczności przymuszają, zaraz wyłożę: Eo instante zawiązać konfederacyę: za wiarę, ojczyznę i klejnot szlachecki! Rozesłać uniwersały, a sto tysięcy szabel nas poprze. Wszystek naród szlachecki opowie się przy nas, jak jeden mąż. Innej rady nie znajduję.
— I powtórzy się historya nieszczęsna Barskiej! — szepnął smutnie Chwalibóg.
— Właśnie iż się powtórzyć nie może! Barska miała przeciwko sobie prawie wszystkie sąsiedzkie potencye, a za nami stanie cała potęga najjaśniejszej gwarantki, stanie król pruski, staną wszyscy monarchowie, walczący z hydrą rewolucyi. Wszakże hasłem naszej