Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cis, jakby odprawowali egzekwie wśród długich pauz, ciężkich westchnień i nieledwie płaczów.
— A w konkluzyi, bunty i rebelie! — determinował ponuro i z najgłębszem przeświadczeniem stary Chwalibóg — jeno patrzeć, jak rozbestwione podżeganiami chłopstwo, rzuci się na nas i primo impeto zacznie wyrzynać, rabować i palić! Jeśli ta rewolucya zwycięży, to kaput z nami, mości panowie!
— Frukta to nikczemnych maksym i niedowiarstwa! — rzekł swoje ktoś drugi.
— Co poczyna się nie z Bogiem, przeciwko porządkowi świata się aklamuje!
Volenti non fit iniuria — szepnął mnich, wycierając spoconą łysinę.
— Co przeor powiada? A któż z nas pragnął tego, co się aktualnie zaczyna?
Vide, cui fide — dorzucił jak wyrocznia, macając za szklenicą.
— Słyszane to rzeczy! — zabrał głos szlachcic tak chudy, że grały mu gnaty przez granatowy kontusz; twarz miał na podobieństwo szabli, strzępiaste wąsiska i siwy, srodze zwichrzony czub na długiej głowie. — Chamom wolność i ziemię! Moją ziemią i moimi poddanymi sobie dysponują! I kto? Rzeczpospolita! prawa! konstytucye? Zaśby! Jacyś zwarcholeni oficyerkowie, jakieś głodne sawanty, jakieś pierwsze lepsze skurczybyki! Zali to krotochwila? A my, panowie bracia, pozwalamy czynić ze siebie pośmiewisko, my szlachta, my sól tej ziemi, my jedyni panowie tej Rzeczypospolitej! — huczał groźnie Jacek Kluszewski.