Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


konfederacyi, będzie walka za wolność, porządek, święte zasady, za monarchię i Boga! — wrzał, porwany zapałem.
— Nie krzycz tak głośno! Posłyszy który z tamtych frantów i każe cię przyaresztować. Mają władzę. Może się przytem waści coś niemiłego przygodzić — ostrzegał szydliwie przeor — gotowi zapomnieć się! Gbury są, wiadomo.
— Mnie aresztować! Niechaj spróbują — burzył się, uderzając dłonią po głowni karabeli — ktoby mnie śmiał tknąć! — wyzywał tocząc zdziczonemi oczami.
— Królom obcinają głowy, to i do szlacheckiej skóry dobrać się potrafią — jurzył z jakimś tajonym rozmysłem Bernardyn. Rozmowa przeto przybrała obrót ostrzejszy, namiętny i przejęty rozdrażnieniem. Rozsrożone oczy krzyżowały się ze spojrzeniami mieszczan, niby szable tnące ze ślepą, mściwą uporczywością gniewów. Niekiedy leciały ku nim kąśliwe, zaczepne słowa, niekiedy urągliwe, wyzywające śmiechy. Nie dali się jednak sprowokować. Siedzieli porozpierani przy stolikach, zajęci jedynie grą w domino, kurzeniem lulek, piciem i dosyć swarliwymi dyskursami. Ale Zaręba, biorący miejsce jakby na miedzy dzielącej obie socyety, dobrze widział, że pod tym pozornym spokojem dygotali ledwie powstrzymywaną wściekłością, że ten i ów zgrzytał zębami, przeklinając z cicha, na czem świat stoi. Odwieczne awersye groziły wybuchem lada chwila i Zaręba był zdeterminowany wystąpić, chociażby przyszło do szabel, przeciwko braciom szlachcie. Na szczęście do burdy nie doszło, nie musiała być na rękę