Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/77

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    — Skutek ucieczki Łykoszyna. Ciężko się będzie wywinąć z tej matni.
    — Przyjdzie chwycić byka za rogi!
    — Żeby to nastąpiło jak najrychlej, bo już w mieście szerzą się popłochy!
    — Nastąpi to prędzej, niźli sobie imaginujesz. Gdzie ci się spieszy?
    — Nigdzie! Powłóczę się po mieście, a o zmierzchu pójdę do Parissota.
    — Rozumiem: Kraków dał ci się we znaki! — zaśmiał się cicho. — Gdzie mu do Warszawy!
    — Bezczynność raczej. Nie wypieram się, radbym do Warszawy, choćby w tej minucie i nie potrafię wyrozumieć, dlaczego mnie Naczelnik nie wyprawia.
    — Szykuje ci jakąś szczególną funkcyę. Tak sobie imaginuję! — dodał ostrożnie.
    — I przyznam ci racyę, Kraków nudzi mnie setnie. Mam powyżej uszów tego lamusa, gdzie żywe, pomieszane z umarłem i zwalone na jedną kupę rupieci, truchleje w czcigodnem zapomnieniu, jak w grobie.
    Wybiła godzina, wyznaczona na przyjęcie u Naczelnika. Fiszer porwał się do swoich powinności, gdyż w antyszambrze pełno już było wyczekujących.
    I drzwi się prawie już niezamykały w tej niezliczonej procesyi.
    Szła szlachta przyjezdna i okoliczna: buńczuczne posesyonaty w odświętnych kontuszach, pasach i pozłocistych karabelach; i szli chudopachołkowie przy szerpentynach na konopnych rapciach, w wytartych czamarach, z czapkami w garściach i kłaniający się na wszy-