Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na głos powinności stawili się wszyscy cnotliwi obywatelowie, że nie brakowało szlachty, księży i mnichów, mieszczan, ni nawet pospólstwa, składającego ostatnie grosze na potrzeby ojczyzny. Zbrakło jeno najbogatszych, Jaśnie Wielmożnych, jak zawsze, nieobecnych w podobnych okolicznościach. A że przytem Kraków był zdawna podupadły wielce i cały kraj zrujnowany, więc summa summarum te ofiary w proporcyi potrzeb insurekcyjnych były jeno przykładem poczciwości i żarliwego patryotyzmu, podnoszącego ducha.
Zaręba przyglądając się czas jakiś ludziom i darom, przeszedł do sąsiedniej komnaty, gdzie pod komendą szambelana Linowskiego pracowała osobista kancelarya Kościuszki. W następnym pokoju siedział on sam z generałem Wodzickim, któremu właśnie chirurg bandażował chore, opuchnięte nogi.
Na widok wchodzącego Fiszer podniósł się od stołu.
— Masz sprawę do Naczelnika?
— Nie... nie... Przyszedłem za nowinami. Gdzie wojska wychodzą?
— W pole! Tyle ci jeno powiem: naprzeciw Moskalom! — szepnął mu do ucha.
— Fama rozgłasza, jako pod Skałą widziano już kozaków!
Usiedli w kącie pod oknem. Z Rynku biły wrzawy głosów, turkoty wozów, porykiwania spędzonych stad, a niekiedy grania trąbek, aż pobrzękiwały szyby.
— Tak blizko jeszcze ich niema — szepnął Fiszer — ale z wielu stron nadciągają.