Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/447

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przyjmowano te nowiny wybuchami szalonej uciechy. Chodziły też bajędy o usiłowanej ucieczce króla do Moskalów, czemu miał przeszkodzić Kiliński. Nie brakowało i trwożnych wieści, jakby rozsiewanych umyślnie, że Igelström z wielkiem wojskiem maszeruje na Warszawę, obiecując nie zostawić z niej kamienia na kamieniu. Nikt się tem jednak nie przerażał. Wierzono bowiem w przywódców i ufano już teraz we własne siły i męstwo.
I w takiej weselnej dyspozycyi przeszły święta Wielkiejnocy.
Podtrzymały ją wiadomości, otrzymane w parę dni później, jako Jasiński owładnął Wilnem, pobił Moskali, a hetmana Kossakowskiego, zdrajcę narodu, powiesił.
Potem, jak ptakowie na wiosnę, tak zaczęły nadlatywać ze wszystkich krańców Rzeczpospolitej wieści, jedna radośniejsza od drugiej. Owo cała Litwa powstała, Kurlandya opowiedziała się przy Polsce, Libawa rzuciła okowy, Żmudź wypędza wrogów. Na Białej Rusi Prozor gromi. Ukrainne dywizye przedzierają się do Korony. Wielkopolska grzmi, bije i wygania! Że już cała Rzeczpospolita podnosi się w dawnej chwale i mocy i majestacie.
Dnie i tygodnie przechodziły w gorączce oczekiwań, w krwawym trudzie znojów i walk.
Kto nie egzercyrował się w wojskowych obrotach, ten szedł do sypania wałów dokoła Warszawy.
Aż przyszły majowe rozruchy, wieszania zdrajców i uderzyła potem szczekocińska klęska.