Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/446

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mógłszy żałość, poszli do Ojca Serafina, dogorywającego w swojej cichej, samotnej celi. Powaliły go śmiertelne rany.
Tłumy przy zwłokach zmieniały się co chwila; jedni przybywali, a drudzy nasyciwszy duszę smutkiem, cisnęli się w rynek Starego Miasta, pod Ratusz, obstawiony obywatelskiemi wartami, gdzie zakwaterował się Rząd Tymczasowy. Witano przyjeżdżających dygnitarzów burzliwymi okrzykami. Wiwatowano na ich cześć. Kiliński nie mógł się nigdzie pokazać, tak go rzęsiście oklaskiwano. Generała Cichockiego wyrwano z karety i wśród radosnych wrzasków zaniesiono na Ratusz. Każdego z oficyerów przyjmowano z entuzyazmem. Bowiem każda sposobność była dobrą do wyładowania ze siebie nadmiarów szczęścia.
Popołudniu rozeszła się wiadomość, że pułkownik Sokolnicki, pobiwszy Moskalów pod Karczewem, powraca ze zdobytymi taborami i jeńcami. Całe miasto ruszyło na jego spotkanie do mostu na Bednarską, że musiał się bronić przed niezasłużonemi owacyami.
Zasię o zmierzchu rozbłysły rzęsiste iluminacye, powywieszano transporty, po oknach ukazały się ogniste kolumny z napisami, z portretów Kościuszki uczyniono jakby ołtarze, pełne świateł i kwiatów. Tu i owdzie zagrały kapele. Śpiewano po ulicach. Tłumy przewalały się po mieście, niby morze kipiące nieokiełznanem weselem.
Ale wśród powszechnej radości, szałów i entuzyazmów krążyły wiadomości o aresztowaniu Ankwicza, Ożarowskiego, biskupa Kossakowskiego i Zabiełły.