Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/434

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zarazem oczy, jakby na świszczące górą kule, a chwilami nie mogąc pohamować swojej natury, porywał karabin, biegł na szaniec i strzeliwszy w skłębione kupy wrogów, powracał do przerwanych pacierzów. Zasię w chwili, w której Zaręba wdarł się do domu Teppera i armaty przycichły, aby nie razić swoich, mnich, jak był ze stułą na szyi, a karabinem w ręku, popędził do bitwy i już nie powrócił. Toczyła się bowiem walka o klasztor Kapucynów, zapamiętale broniony przez Moskalów, a jeszcze zajadlej szturmowany.
Dochodziło południe i słońce ukazało się blade, ledwie dojrzane w chmurach i dymach bijących z ziemi, gdy na Podwalu jęły się rozgrywać nieprzewidziane wypadki.
Z okien ambasady powiały białechoręgwie: ustały strzelaniny i dano poznać, jako Igelström wysyła na Zamek parlamentarzy, mających traktować o warunki kapitulacyi.
Mycielski, zawiesiwszy również ogień, przepuścił ich pod eskortą całej kompanii. Pertraktacye trwały dosyć długo. Raz po raz przejeżdżali wysłańcy ambasadora, to Mokronowski z Wyssogotą Zakrzewskim i paru obywatelami, na co lud srodze szemrał, obawiając się jakowegoś podstępu i zdrady. Ale na wieść o pertraktacyach bitwa na całym obrębie przycichła. Nikt jednak broni nie wypuszczał z ręki, a przeróżni obywatele z podmowy Konopki jęli wichrzyć pomiędzy tłumami, że już nie w jednem miejscu dawały się słyszeć gwałtownie wykrzykiwane groźby, protestacye i skargi.