Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/435

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Niema zgody z wrogami! Zdradę nam knują. Nie wierzcie, to królewskie machinacye! Precz z układami! Do szturmu, obywatele! Chcą Igelströma ukraść naszej pomście! Do broni! Uderzać!
Rozruch przybierał już niepokojące kształty i ogarniając coraz większe tłumy, groził nawet przerwaniem armistitium, czemu Mycielski, jak mógł, zapobiegał, ostro występując przeciw krzykaczom. Na szczęście, pertraktacye skończyły się rychło i na niczem, bitwa rozpoczęła się na nowo. Ale szła jakoś ospale i bez dawnego animuszu. Snać pokojowe układy osłabiły energię i porozdzielały opinię. Miasto bowiem szturmowania niejeden głowacz deliberował nad Igelströmowymi paktami. A już byli powiadający, jako Mokronowski uprowadził go z pałacu.
Wtem na ambasadzie po raz drugi wyniesła się biała chorągiew.
— Poddają się! Kapitulacya! Nie strzelać, obywatele! Igelström kapituluje!
Jakby na potwierdzenie ze wszystkich okien pawilonów, żołnierze jęli powiewać białemi chustami
Kompanie Działyńczyków stanęły z bronią u nogi, zaś lud, wyległszy w ulice, cisnął się pod kraty, wyczekując otwarcia bram i zdawania się załogi. Nikomu już ani w głowie nie postały jakieś wątpliwości co do bezpieczeństwa, gdy nagle cały pałac zamigotał i straszliwa salwa runęła w bezbronnie stojące ciżby! Przeszło sto ludzi padło trupem na miejscu.
Ryk zatrząsł tłumami. Szaleństwo wściekłości porwało wszystkich do walki na śmierć i życie. Dzikie,