Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/433

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


konająca, rozerwana pierś broczyła czarną, gęstą krwią. Położono ją pod murem, w miejscu nieco zaciśniejszem od kul, na żołnierskich płaszczach. Bateryjny cyrulik chciał ją opatrywać, ale potrzeby nie było. Umierała cicho. Otwarte usta, w krwawej pianie skąpane, twarz szara, oddech rzężący i trudny, pokazywały stan już beznadziejny.
Woyna klęczał, trzymając jej stygnące ręce. Patrzyła w niego i może widziała.
Jej szeroko otwarte oczy odbijały niebo wiszące nad głowami, niekiedy perły łez się stoczyły po jagodach, a czasem drgały wargi jakiemś niewymówionem słowem.
— Zośka! Zośka! Zośka! — szeptał coraz ciszej a okropniej. Czuł się bezlitośnie zmiażdżony. Rozumiał tylko jedno: Zośka umiera, więc i on umrzeć musi. Takim ślubem związały się ich dusze. Tej wiary pragnął dotrzymać; szczęściem uważał swoją ostatnią powinność.
Jakimś trafem znalazł się Ojciec Serafin, odstawił karabin, z którym się nie rozstawał, włożył stułę i przyklęknąwszy z drugiej strony, odmawiał modlitwy za konających. Uśmiechnęła się, jakby na przywitanie otwierających się przed nią niebiosów.
Armaty Wrońskiego w mierzonych odstępach czasu strzelały kartaczami. Grady kul moskiewskich trzaskały w mury, zasypując klęczących gruzami odbitych tynków. Gryzące czarne dymy zapychały wązką uliczkę. Dziki chaos walki przewalał się nad ich głowami. Nie wiedzieli o niczem, jeno Ojciec Serafin, modlący się żarliwie, strzygł niekiedy uszami, podnosząc