Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/361

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


piąc gzymsy i futrowania okien. Dymy i kurz przysłoniły ulice, zaś pod tą osłoną gęsta kolumna piechoty występowała do szturmu.
Tego właśnie czekał Cichocki, bo gdy zbliżyli się na jakieś dwieście kroków, plunął im w twarze kartaczami. Straszliwy krzyk wstrząsnął powietrzem. Ale batalion moskiewski wziął krok podwójny i z nastawionym bagnetem leciał naprzód.
Arsenał zaśpiewał szaloną pieśń ognia i żelaza. Zadymił, jak wulkan.
Przy biciu bębnów, z rozwiniętymi sztandarami Chomentowski wypadł z piechotą.
— Hura! Hura! — wrzasnęły moskiewskie roty.
— Wolność i Kościuszko! — odkrzyknęły polskie szeregi. Runęli na bagnety z taką furyą, że nieprzyjacielska linia, nie wytrzymawszy uderzenia, podała się w tył, pękła i poszła w rozsypkę. Kawalerya skoczyła za pierzchającymi, ale powstrzymały ją armaty i trąbki z arsenału, wołające na powrót.
Moskale cofnęli się na Leszno i tam ustawicznie niepokoił ich lud, bowiem wciąż słyszeć się dawały strzelaniny, wrzaski, a niekiedy i huki armatnie.
Arsenał przycichnął, a natychmiast po odparciu szturmu generał Mokronowski w otoczeniu paru konnych pojechał na Zamek.
Była to chwila, gdy z pod pierwszych świtań, miasto jęło się wynosić jakoby z modrawych odmętów i kiedy na Starem Mieście Kiliński rozbroił miejskie straże i obsadziwszy Ratusz, stanął na czele zbrojnego ludu.