Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/360

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


któremi kłębiły się już całe tłumy; skoczył na parapet i zakrzyczał:
— Do broni! Do broni, obywatele! — i jął wyrzucać bojowe rynsztunki.
W drugiem oknie czynił toż samo pułkownik Dobrski, w trzeciem Chomentowski.
Tłum zawrzał okrzykami, a tysiące wyciągniętych drapieżnie rąk chwytało w powietrzu lecące karabiny, szable, torby nabojów, piki, kosy i siekiery na długich rękojeściach.
— Komendant wolonterów, sam tu! — zawołał generał.
Wystąpił Krieger, starszy z konfraternii kupieckiej, młodzian ognisty, wyniosły, jastrzębiowi z twarzy podobien. Sylwetkę Kościuszki miał przypiętą do kapelusza, gołą szablę w garści, przepasany przez pierś czerwonym bandoletem, na którym bielił się napis: »Równość, wolność, braterstwo«. Zasalutował przed Cichockim.
— Uważaj, coć rzeknę: wojska do walk frontowych, a zbrojny lud ma uderzać na tyły i boki. Nękać wroga w sposób, jaki nastręczą okoliczności, oto pryncypalne zadanie wolonterów! Ruszajcie z Bogiem! Zwycięstwo albo śmierć!
— Zwycięstwo albo śmierć! — odkrzyknęło tysiące i potrząsając bronią, ruszyło na Bielańską.
Na Lesznie zagrały armaty, trąbki, karabinowe salwy i dzika wrzawa walki buchnęła w niebo, a po chwili z rogu Przejazdu ryknęły moskiewskie ciężkie działa i grad kul posypał się na mury, drąc tynki, łu-