Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/362

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A teraz capniemy Igelströma! Naprzód, obywatele! Za mną! — krzyknął i błysnąwszy szablą, powiódł swoją kohortę Wązkim Dunajem.
Zaręba z połową marszałkowskich dragonów postępował w aryergadzie.
Maszerowali prędko i sprawnie i z wielkim animuszem, a ledwie wyminęli Piwną, gdy rozległy się za nimi strzały i wrzaski: to Kazanowski z garścią wolonterów dobywał miejskiego domu na rogu Nowomiejskiej, gdzie się zamknęło kilkudziesięciu Moskali.
— Kupą, obywatele! — sprawiał swoje szeregi Kiliński już na Podwalu. — Biegiem! Biegiem!
Paruset wybranego chłopa, zbrojnego w strzelby, kosy i topory, poniesło się jak burza. Spóźnili się, niestety: ulica przed pałacem, zapchana już była piechotą i jazdą.
— Naprzód! — ryczał Kiliński — Naprzód! Bij, zabij! Bij, kto w Boga wierzy!
Rzucili się na regularne wojska z nieopisanem męstwem i zajadliwością. Przywitał ich gęsty, rotowy ogień; zawachali się nieco, lecz kiedy kozacy ze świstem i krzykiem zaszarżowali, zaczęli się cofać, pozostawiając niemało trupów i rannych.
Zaręba osłaniał odwrót, odcinając się, jak dzik napastliwej psiarni, i doprowadziwszy rozprószonych pod zasłonę kamienic Wązkiego Dunaja, tknięty nagle jakiemś okropnem przewidywaniem, krzyknął na dragonów i spiąwszy konia ostrogami, pognał niby wicher przez Stare Miasto na Zapiecek. I ledwie był zdążył! Już tam panował niesłychany popłoch, lamenty i ludzie