Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/349

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sobem do sklepu na rogu Starego Miasta i Świętojańskiej. Drzwiczki uchyliły się natychmiast i wszedł po schodkach do podziemia.
— Melduję pokornie, matka zaraz stanie — bełkotał Staszek, zapalając światło.
Piwnica pokazała się być kramem przekupki. Pod ścianami stały wory z mąką i kaszami, u nizkiego sklepienia wisiały zwoje kiełbas, wianki cebuli, szczotki, kłęby postronków i jakieś kolorowe szmaty. Ostry zapach kapusty i śledzi przepełniał nizką izbę.
Z poza przepierzenia pokazała się schludnie ubrana kobieta, nie stara jeszcze, o żółtawej twarzy i bystrych niebieskich oczach, zażywna w sobie i ruchliwa wielce.
— Jak się macie, matko? Cóż tam nowego? — witał ją, przysiadając na jakimś koszu.
— Nie wiele, p. poruczniku. Pokornie melduję, że na pewno cosik przewąchują. Cały dzień kręciłam się pomiędzy nimi. Wszystkie małe komendy pościągali do kupy. Mają też zakazane wydalać się z koszar na miasto. Nie wolno nawet rozbierać się im do spania. Dużo oficyerek szykuje się do wyjazdu. Powiadali, jako na dniach Prusacy nadciągną im na pomoc — mówiła krótko, po żołniersku, składając akuratne relacye o domach i ulicach, gdzie się były zebrały większe siły moskiewskie. Była używana na prześpiegi, gdyż pod pozorem handlu włóczyła się ze swoim kramikiem po koszarach i kwaterach.
Zaręba podziękował jej gorąco, kobieta jednak westchnęła frasobliwie.