Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/348

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się do Mirowskich, tam ci wydadzą granatniki. Twoja w tem głowa, iżby je przewieźć do ogrodu Kapucynów. I pozostaniesz tam do pomocy Ojca Serafina. Może się już nie zobaczymy. A uważaj na siebie! Nie pierwszyzna przecież — dodawał mu kontenansu.
Kacper padł mu do nóg; podniósł go i przyciskając do piersi, ucałował jak brata.
— Da Pan Jezus, nie zginę, a kabalarka Kwiatkowska na Piwnej też mi dobrze wróżyła.
— Czekajże, toć i ja widziałem swoją przyszłość! — wzdrygnął się na wspomnienie Lhulli — mam ocalić życie... Mniejsza z tem. Któż przewidzi obroty fortuny? — obejrzał się po kwaterze z jakąś utajoną żałością i wyszedł prędko, jakby przed roztkliwieniem uciekał.
Noc była jeszcze głęboka, miasto spało, w ulicach leżała nieprzenikniona ćma, jeno w górze nieco spłowiałe niebo dawało dojrzeć zarysy dachów, wież. Gdzie niegdzie świeciły gwiazdy. Czasami zamiatał wiatr, targając wywieszonemi godłami. Niekiedy pod kamienicami przemykał się jakiś cień, skrzypnęła jakaś okiennica lub zaszemrał zciszony, lękliwy głos. Potem przychodziły chwile takiej cichości, że słyszeć się dawały dalekie tententy kozackich patrolów i szumy niedojrzanych drzew.
Zaręba zlustrował wszystkie posterunki, ukryte w śródmieściu po bramach i sieniach.
Wszędzie czuwano z palcami na cynglach. Wszędzie serca biły za jedno.
Dragonom, którzy powrócili z penetracyi, rozkazał czekać na Zapiecku, a sam zapukał umówionym spo-