Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/347

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A panna Ceśka powiedziała mi w oczy: »Niech mnie jeno słuchy dojdą o powstaniu Warszawy: choćby sama przyjadę. Choćby przyszło na oklep!«
— Ona gotowa na każdy azard — mile go połaskotała taka dyspozycya. — Cóż tam porabiają stryjaszkowe kumy?
— Rany boskie, to w listach nic nie stoi? Przecież p. Domaradzki z p. Chmielińskim pojechali do Parczewa zaciągnąć się pod chorągwie do p. pułkownika Grochowskiego, ks. Albin zaś z p. Rogatką zbierają na swoją rękę wolonterów.
— Stare to graty, ale wzór miłości ojczyzny doskonały.
— Wszyscy mieli przyjechać do Warszawy. Choroba starszego pana popsowała zamysły.
— Pisze mi stryj o tem i srodze wyrzeka na losy. Panna Ceśka go pilnuje?
— Nie w smak to pannie; widziałem, rwie się, niby z łańcucha. Juści dokoła wre, jak w garnku, pachnie prochem, a ona przymuszona siedzieć w miejscu.
— Jak z listu można wyrozumieć, nie wysiedzi! — obleciała go trwoga.
— I ja tak miarkuję. Czy podać ten ryngraf po panu mieczniku? — spytał nieśmiało.
Zaręba obejrzał spory obrazek Matki Boskiej Kodeńskiej, malowany na miedzianej blasze, zczerniały od starości, a pogięty, jakby od razów czy kul.
— Zawada pewna, zaś pożytek wątpliwy. Rzuć tam do rupieci. Basta, mój drogi, już na mnie czas. Ale pamiętaj, skoro rozruch uczyni się w mieście, przebierz