Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/346

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— My tu, powiadają, przysłani przez panienkę na wojnę, a nie do rozwożenia kresów.
— Zuchwałe juchy! — uśmiechnął się — zapal świece! Muszę się przystojnie przyodziać.
— Juści, na tamten świat trzeba się wybierać chędogo — zauważył Kacper dość wesoło.
— Może mi jeszcze śmierć nie pisana. Bóg da, że mnie oszczędzą kule i ciosy.
— Przywiozłem dla p. porucznika stalową koszulkę, dała mi ją panienka.
— Ceśka? Nie może być!
— Panienka Marynia. Znalazła się w lamusie, Ojciec Albin ją wychędożył i narządził, Reformaci w Brześciu poświęcili, a panienka kazała przywieźć. W sam raz by pasowała na p. porucznika. Sztychem jej nie przebije, próbowałem; kula też nie rozerwie. Możeby się przygodziła w dzisiejszej potrzebie — zachęcał nieśmiało.
— Będę stawał w kolczudze? Miejże rozum. Dobre to było kiedyś, na walkę z konia. Pewnie, jako cięcia i sztychy taka zbroja odeprze, ale kuli karabinowej nie strzyma — odpowiadał, zabierając się do przebierania, jak to był zawsze czynił na bitwę, w spodnie ubranie łosiowe, czystą bieliznę i najlepszy moderunek. Kacper przeczyścił nowe, dwururkowe, angielskie krucice i najstaranniej je nabił; szablę pociągnął na podręcznym brusie i troskliwie opatrywał rzemienie i sprzączki. Rozmawiali przytem o Grabowie, skąd był powrócił przed paru dniami. Miał sporo do opowiadania, zwłaszcza, iż porucznik był ciekawy wszystkiego, co się tam dzieje.