Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/343

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W obszernej antyszambrze, za nizkiem przepierzeniem, liberya grała w karty tak zaciekłe, że nikt go nie zauważył. Drzwi na wprost stały zawarte, jeno z bocznych, nieco uchylonych płynęły liczne głosy. Pełno tam było dymu i ludzi. Grano w karty przy dwóch stolikach, pito w przerwach i wesoło się zabawiano. Porwał się do wchodzącego Woyna i chciał wciągnąć do kompanii.
— Nie mam ani chwili czasu. Przyjechałem z ważną sprawą! — cofnął się na próg.
— To chodźmy, gdzie ciszej — poprowadził go do frontowej, dużej sali. Świeca paliła się w kominie postawiona. Trzy okna były do połowy wysokości założone worami piasku, w ścianach czerwieniały otwory świeżo drążone do strzelb, zaś na długim stole leżały karabiny, szable, pistolety, torby nabojów i skałek, topory i piki.
— W imię Ojca i Syna! Ależ to prawdziwa fortalizacya, i to na prost Miodowej! Można będzie prażyć z flanków przez pałac pani krakowskiej i od czoła! Żeby tak wciągnąć choćby trzyfuntówkę, dałby im bobu! Nigdym się tego nie spodziewał po tobie!
— Bagatela! Kiliński mi pomógł! Mów, co chciałeś, muszę wracać do gości! Wiesz, bierz dyabeł ważne nowiny, chodź do kompanii, same godne pijusy i za bijaki!
— Trochę gramy i trochę pijemy, śpiewając nawet miserere przy wtórze kielichów i pobrzęku złota. Nie marszcz się, bojowy sygnał zastanie nas na stanowiskach — żartował po swojemu, przybrany był, jak na gody, utrefiony i zlany wonnościami.