Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/344

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Panna Radzymińska uciekła od Mokronowskich. Z tem przyjechałem.
Woyna spoważniał, jakiś cień zmroczył mu twarz i oczy przygasły.
— Jest w miejscu bezpiecznem i przystojnem, daję ci na to kawalerski parol. Deklarowałem się o jej rękę. Rotmistrz postawił mi się jeżem i responsu nie dał.
— Mówił mi o tem. Rozumiem, jakoś z panną już po słowie? — mimowoli odwrócił oczy.
Woyna zajrzał mu przenikliwie w twarz, obaj mieli w myśli tajemnice jej nieszczęścia.
— Zgadłeś! Miałżem czekać braciszkowego przyzwoleństwa? — jakiś gorzki uśmiech przewiał mu po wargach — sprawa to już moja i Zośki — stłumiwszy jakieś słowa ciągnące mu się na usta, zawołał siląc się na wesołość — musisz się z nami napić! Nie odmawia się przyjacielowi, szczególniej w takiej chwili! — Opadło go nagle takie wzburzenie, że zadygotał febrycznie, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa więcej. Zaręba nolens volens przyłączył się do kompanii. Po chwili Woyna rozkazał nalewać szampańskie.
— Przyjaciele i socyusze! — zabrał głos, podnosząc kielich do góry i tocząc błędnemi oczami po twarzach — wnoszę ten kielich na cześć i chwałę śmierci!
Wychylił do dna i kielich roztrzaskał o ziemię.
Mróz przeszedł kości, wszyscy zdrętwieli, nikt nie wypił, uczyniła się złowroga cisza.
Naraz porwał się, jak lew, kasztelanie Mostowski i krzyczał dziko: