Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/342

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wachmistrz trzeciego szwadronu, Wypijanek, melduję pokornie — i podjechał bliżej jakiś żołnierz, którego nawet zblizka nie można było rozpoznać w ciemnościach.
— Weź trzech ludzi, uważaj, Bednarską na dół, brzegiem Wisły, Rybakami; powrócisz Mostową. Bacz, co się tam dzieje! Miej oczy i uszy! A duchem!
— Wedle rozkazu, panie poruczniku. I stawię się na Starem Mieście.
— Właśnie. Wywijaj się więc, mój Wypijanku!
Rozjechali się. Zaręba został tylko z jednym dragonem. Wymijał dosyć częste patrole kozackie, wyciągnięte gęsiego i przemykające się pod kamienicami. Wymieniali hasła i rozjeżdżali się bez słowa. Przed pocztą również stały armaty i dawały się rozróżnić amunicyjne jaszcze. Dosyć liczna asekuracya tuliła się pod kamienicą na rogu Trębackiej. A jakby dla większego zaniepokojenia, natknął się jeszcze pod Krakowską Bramą na oddział jakiejś jazdy. Stała niby ciemny mur i w takiej cichości, że ani koń nie zarżał, ni zadźwięczała podkowa.
Zaręba skręcił w Senatorską i rzuciwszy lejce żołnierzowi, wszedł do domu Roeslera.
Kamienica, jak wszystkie, na pozór była ciemna i uśpiona, w dziedzińcu jednak uwijali się jacyś ludzie, stały konie i migotały latarnie. Szeptano po kątach.
Woyna kwaterował od Senatorskiej; już na schodach dawały się słyszeć jakieś wrzawy.
— Lusztykuje sobie w najlepsze! — konkludował z niemałą przykrością.