Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/341

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ale, miała też jakieś konszachty ze Sowińskim od kadetów!
— Sługa Waćpanny dobrodziejki! Dalibóg, dłużej nie mogę! — odbiegł, jakby goniony.
Jechał z powrotem, ku Zamkowi, jeno już zwolna i rozglądając się bacznie na strony.
Deszcz był ustał, natomiast podniósł się wiatr i rzedły ciemności.
— Melduję pokornie — zaszeptał wachmistrz — naprzeciw Św. Krzyża stoi półbaterya z lufami, w Nowy Świat, wyrychtowanemi. Okrywa ją kompania jegrów i kozacy. Coś juchy przewąchują! — trzasnął dłonią w daszek i odsunął się w bok.
— Woyna ją wykradł, to oczywiste — rozmyślał o pannie — ale, kiedy się deklarował, to pocóżby mu ten rapt? Musi w tem być coś drugiego! Gdzie ruszyć, amory! — żachnął się.
Mijali Królewską, gdy wachmistrz znowu zameldował.
— Pod Saską Kuźnią armaty i patrzą na cały batalion. Ćma się tam rucha...
— Stać! — otrząsnął się naraz ze wszystkich myśleń i uczuć niby z powiędłych liści, twarda żołnierska powinność zagrała mu w mózgu — Talikowski — zwrócił się do wachmistrza — bierz komendę i czterech dragonów, spenetruj Królewską, Graniczną, Żelazną Bramę i wróć Senatorską na Stare Miasto. Uważaj, czy nie szykują czego na Końskim Targu pod Saskim Pałacem! Dziedzińce w Marywilu przejrzyj. Marsz! Któryż tam z resztą?