Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Azardowałeś zdrowiem — posłyszał znowu głos współczujący.
— Okoliczności przynaglały. Byłem też przymuszony nadkładać drogi, kluczyć i przebierać się stronami, żeby ujść chytrze pozastawianych sieci patrolów kozackich.
— Cóż Warszawa? Powiadaj! Fiszer, pokrzep go tykiem gorzałki!
— Wszystka w dygocie na walkę z wrogiem i w oczekiwaniach.
— Tak imaginujesz? Rozumiałem ją bardziej upadłą na duchu. Wprawdzie Maruszewski jeszcze w Dreźnie upewniał o jej gotowości, ale miałem relacye inne...
— Po aresztowaniach trwał pewien upadek, nim zdołano się otrząsnąć z przygnębienia. Lecz aktualnie, duch Warszawy podnosi się z godziny na godzinę, a szczególniej w pospólstwie, że już ciężko je utrzymać w karbach rozsądku. Wszystko się burzy, wrze i czeka z niecierpliwością. Każdy kładzie się spać z tą nadzieją, że go obudzą warczenia bębnów i krzyk: Do broni! Więc śmiem cię utwierdzać w pewności, Obywatelu-Generale, iż na twój rozkaz Warszawa powstanie, jak jeden mąż, i zrzuci haniebne jarzmo niewoli — dowodził gorąco, niemal wybuchając.
Kościuszko, odsunąwszy papiery, patrzył w niego przenikliwie.
— Lud to bohaterski, wszystką duszą oddany ojczyźnie i gotowy do ofiar krwi i mienia; to wulkan, który za twoim znakiem, Obywatelu-Generale, wybuchnie