Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/322

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cał jakieś rozkazy, porywał któregoś z oficyerów, i znowu leciał na piętra, do zbrojowni, do kazamat, w dziedzińce do ukrytych stanowisk armat, wszędzie, gdzie było potrzeba dojrzeć, rozkazać i pobudzić przygotowania. Był to żołnierz surowy aż do zaparcia się siebie, cnotliwy obywatel i patryota żarliwy, wola niezłomna, uosobienie powinności i czujniejszy nad wszelkie pojęcie stróż arsenału.
Izby szły audiladą i w ostatniej przez drzwi, szeroko powywierane, widać było białą perukę i czerwoną twarz generała Mokronowskiego. Siedział przed wielką plantą Warszawy; stosy kart sytuacyjnych leżały obok, porucznik od inżynierów, Kubicki, oznaczał na nich czerwonym ołówkiem stanowiska i domy, zajęte przez Moskalów. Mokronowski, wyniesiony wolą sprzysiężonych oficyerów na dowódcę sił zbrojnych Warszawy, był nim jeno de nomine, bo de facto sprawował te obowiązki generał Cichocki, aktualny komendant Warszawy, którego ustawicznie o coś indagował. Brał przy nich miejsce stary Deybel, dowódca artyleryi koronnej, wraz z kapitanem Chomentowskim, duszą sprzysiężenia, który promenował się po stancyi, nie odzywając się do nikogo. Kasztelanic Mostowski, przybrany, jakby na królewskie asamble, pachnący, utrefiony i dworny wykwintniś z piękną twarzą i srogiemi, okrutnemi oczami, oglądał wiszące na ścianach kolorowe kopersztychy, wystawiające mitologiczne, frywolne sceny. Generał Orłowski, dawny komendant Kamieńca, chrapał na ławie pod ścianą, obtulony włochatą, krymską burką.